|
|
Piotr Paszkowski
O ile dobrze pamiętam, Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej gwarantuje obywatelom równość wobec prawa. Niestety, nie ma to przełożenia na rzeczywiste traktowanie obywateli, którzy jeszcze są szczęściarzami mającymi zatrudnienie. Wchodząca w życie od 1 lipca br. nowelizacja ustawy o tzw. „zwolnieniach grupowych” nie obejmuje swoimi dobrodziejstwami pracowników zatrudnionych w zakładach pracy zatrudniających poniżej dwudziestu osób. Swoją drogą, osobnych dociekań wymaga magia liczby dwadzieścia we wszystkich nowelizacjach prawa pracy – ona to sprawia, że wszyscy zatrudnieni w zakładach liczących mniej pracowników stają się obywatelami drugiej kategorii.
Otóż, kolejny raz mamy do czynienia z sytuacją upośledzenia tych, którzy mają nieszczęście pracować w małej firmie, a dotyka ich perspektywa utraty pracy z przyczyn ekonomicznych leżących po stronie pracodawcy. Nowy zapis stanowi, że osoby te nie będą objęte jakakolwiek ochroną, mimo że ich sytuacja niczym nie różni się od smutnego losu zwalnianych z większych zakładów pracy.
Argumentacja przemawiająca za tym, by nowelizować prawo pracy w sposób ułatwiający funkcjonowanie małych firm, jest ze wszech miar słuszna, jednak nie wytrzymuje konfrontacji z równie słusznym interesem pracownika polegającym na jego równym traktowaniu w stosunku pracy. Kodeks Pracy pełen jest frazesów o równouprawnieniu płci, zakazie dyskryminacji i ochronie godności, a jednocześnie dopuszcza dyskryminację, bo inaczej tego nazwać nie sposób, ze względu na liczbę współpracowników. Przykładowy pracownik przecież nie świadczy pracy inaczej w zakładzie liczącym poniżej i powyżej magicznej dwudziestki zatrudnionych, zatem niby dlaczego ma być traktowany odmiennie w momencie, gdy tę pracę traci i to z przyczyn od siebie niezależnych? Jeżeli był „wiernym poddanym” swego szefa ponad osiem lat, to trzymiesięczne wynagrodzenie tytułem odprawy winien otrzymać niezależnie od tego, czy tenże szef miał interes zatrudniać „co najmniej” dziewiętnastu jego kolegów, czy wystarczało mu mniej.
więcej
| Lipiec-Sierpień
| Prawo pracy
|
Andrzej Kuśmierczyk
Dziecko w wieku około trzech i pół lat zmienia sposób mówienia o sobie. Przed tą przełomową zmianą mówi o sobie tak, jak ludzie z jego otoczenia, w trzeciej osobie: „Jasio będzie się bawił”, „Ania chce siusiu” itp. Po przełomie dziecko mówi: „Ja będę się bawił”, „Ja chcę siusiu”. Opanowanie zaimka osobowego „ja” jest manifestacją uświadomionej podmiotowości, dowodem na to, że dziecko doświadcza swej tożsamości. Możemy zauważyć, że to doświadczenie przyjemne. Ale to nie wszystko. Okres ten jest czasem nazywany pierwszym okresem buntu i sprzeciwu, bowiem dziecko na każdą propozycję mówi: nie. I może wydawać się to śmieszne, bo „nie” nie oznacza, że dziecko czegoś nie chce. Mówimy „Zjemy obiadek”, a Bartuś mówi „Nie” i po chwili zjada z apetytem zupkę. Nie ma w tym zachowaniu niczego niezrozumiałego. Po prostu przyjemnie jest mówić „nie”, nawet wówczas, gdy „nie” oznacza „tak”. Mówienie „nie” służy aktualizacji doświadczenia granic swej tożsamości. Kiedy słyszę: „Nie, nie chcę”, to wiem, że maluch, który to mówi, właśnie w tej chwili manifestuje swoją tożsamość i granice. Miłe doświadczenie.
Ale przecież nie należy spodziewać się, że rodzice i inni wychowawcy pozostawią dziecko w spokoju. Dziecko musi być wychowywane, albo jak czasem słyszę – chowane. Aż uszy bolą. W znakomitej większości przypadków głównym celem wychowania – nieważne, czy świadomym, czy nie – jest złamanie godności dziecka, podporządkowanie go autorytetom, tradycji, tabu. Wyrastają więc zależni inwalidzi, psychiczne kaleki, ludzie niepewni, nieświadomi tego, kim są, chętnie żyjący w poczuciu małej wartości i poczuciu winy, łatwi do manipulacji, szantażowani emocjonalnie. Ludzie zgadzający się wówczas, gdy czują sprzeciw. Wstydzący się swych potrzeb i pragnień, ale i rozczarowani, że ich potrzeby i pragnienia nie zostały odgadnięte i zaspokojone.
I trzeba by usiąść i płakać, gdyby nie... asertywność.
więcej
| Lipiec-Sierpień
| Psychologia w pracy
|
|
|
|