I wyszło na moje, i dalej będzie wychodziło na moje. Pisząc swoje krytyczne, ponure teksty doświadczałem czasem przykrego wahania, bo może przesadzam, bo czy rzeczywiście jest tak ponuro, gorzko, źle? A tu radość wielka mnie spotyka. Czytam z narastającym uniesieniem w sercu: „teraz, po latach, zaczynamy dostrzegać, jaką cenę zapłaciliśmy – popieprzone albo nieistniejące życie rodzinne, rezygnacja z wolnego czasu, czasem zrujnowane zdrowie, prozak na śniadanie, psychoanalityk na kolację” („Polityka” nr 9, 2005, raport „Szczury już nie chcą biegać”). No tak, ale w istocie z czego się cieszę? Z tego, że moja diagnoza sprawdza się, że pacjent jest bardzo chory a może umiera. I zawstydziłem się, czując że moja uciecha (a może i ja?) wredną jest.
Jeszcze jeden cytat: „(...) w firmie panuje komunikacyjny chaos i całkowity brak szczerości. (...) Niektórzy porównują atmosferę do książek Orwella i Kafki, gdzie hipokryzja i strach stają się nadrzędnymi cechami kultury współpracy, jak w prawdziwym systemie totalitarnym”. Mała poprawka: to j e s t prawdziwy system totalitarny. Wielkie korporacje to systemy totalitarne. Tak tylko istnieją, taka jest ich konstytucja i ontologia. Kiedy patrzymy na relacje między pracownikami w polskich oddziałach zachodnich koncernów, kręci się w głowie natrętna myśl: biedny Kafka, mała jego wyobraźnia. O Orwellu nic, to żaden pisarz.
Szczytem obłudy i hipokryzji (o czym już parokrotnie wspominałem) są szkolenia dla pracowników, a szkolenia dla menadżerów traktować trzeba jako lansowanie szczególnie niebezpiecznych patologii. Zwykle podstawą programu szkoleniowego jest amerykański pomysł stworzony na potrzeby dużej firmy, po chamsku przeniesiony na polski, zupełnie obcy grunt. Ordynarne są propozycje szkoleniowców, ludzi niskiej kultury, którzy wprowadzają rozmaite „grepsy” anglojęzyczne opisujące zdarzenia znane i opisane w dobrej polszczyźnie. Polszczyzna nie jest mile widziana, bo jest nieznana.
Historia prosta. Oto jakaś niedowarzona socjolożka albo psycholożka (nie poprawiać, tak ma być) łapie okazję i wyjeżdża ze względu na jakieś koneksje na Zachód, a tam odbywa kurs u jakiegoś niedorozwiniętego PR. Kurs może trwać pół roku, ale może być jednodniowy. To nie ma znaczenia. Dostaje taka panna certyfikat i wraca ze swoją głupotą i arogancją – uczyć. Mówię o pannie, bo kawaler to zupełna katastrofa i upadek, i nawet śmiać się nie wypada z tych wysoko zawiązanych krawatów, spoconych rączek, spłyconych oddechów i daremnego pobudzenia.