Trzymam w ręku przedmiot niezwykły. Ponumerowane kartki papieru złożone równo, jedna za drugą. W pewnym sensie nie różnią się niczym. Obustronnie pokryte czarnymi znakami. Znaki ułożone w rzędy od marginesu do marginesu. I w tym przedmiocie, który waży nie więcej niż pół kilograma, ukryta jest moja tożsamość, moja przeszłość i przyszłość, tradycja i rewolucja, cały mój świat. Czytam: „Ludzie doszukiwali się więc pokrewieństwa raczej z pokonanymi Trojanami niż triumfującymi Grekami, być może dlatego, że w porażce tkwi godność, którą trudno przyznać zwycięstwu” (J.L. Borges, Rzemiosło poezji, 2000, s. 49). Coś niezauważalnie i bez mojego świadomego namysłu zmieniło się na zawsze, będzie mi towarzyszyć do końca mojego życia. Magia ukryta w książce działa nieuchronnie. Niezwykły przedmiot.
Stanisław Lem napisał kiedyś opowiadanie o katastrofie naszej cywilizacji. Polegała ona na „papyrolizie”, procesie całkowitej, lawinowej destrukcji papieru. Katastrofa była tak potężna, że doprowadziła do całkowitej zagłady. Skończyła się formacja ekonomiczno-społeczna oparta na papierowym dolarze. Skończyła się kultura, bo zniknął podstawowy nośnik kultury – papier. Kiedy czytałem to opowiadanie po raz pierwszy, wydało mi się żartem intelektualnym. Kiedy teraz do niego wracam, dostrzegam istotne przesłanie. Krucha jest ta nasza cywilizacja, bo oparta na papierze. Ale także: papier jest kluczowym symbolem trwałości i rozwoju naszej kultury.
Wielki potwór stoi w wielkim, specjalnie dla niego zbudowanym pomieszczeniu. To wielka hala, w której malutkie figurki ludzi wyglądają na trochę zagubione i bezradne. W paszczy potwora giną z niezwykłą szybkością metry białej wstęgi. Nie rozumiem szczegółów jego działania i może dlatego mam wrażenie cudu, kiedy widzę, jak potwór produkuje druki. Technologia, która jak niewiele innych, służy pięknu.