|
|
Na Jarmark Świętego Dominika odbywający się w Gdańsku po wielu latach nieobecności powrócił Chrzest Drukarza. Imprezę zorganizowano 19 sierpnia br. Tradycja Chrztu Drukarza została reaktywowana dzięki staraniom członków Stowarzyszenia Poligrafów Pomorskich w Gdańsku i wsparciu Międzynarodowych Targów Gdańskich oraz Urzędu Miasta Gdańska. Przygotowania do Chrztu Drukarza poprzedzono powołaniem Kapituły Chrztu Drukarza, w skład której weszli: Kanclerz Kapituły Chrztu Drukarza Zbigniew Misiuro – zecer, właściciel Drukarni Misiuro w Gdańsku, Wicekanclerz Kapituły Aleksander Panter – drukarz typograficzny, współwłaściciel drukarni W&P w Malborku, Członek Kapituły Jadwiga Dąbrowska-Steciak – wieloletni nauczyciel zawodu w szkołach poligraficznych w Gdańsku, Członek Kapituły Bolesław Szmidt – Kawaler Polskiej Konfranternii Kawalerów Gutenberga, Członek Kapituły Wojciech Leske – właściciel firmy poligraficzno-doradczej, Członek Kapituły Gerard Buszman – zecer- linotypista, wieloletni nauczyciel zawodu w szkołach poligraficznych w Gdańsku.
Dostąpić zaszczytu Chrztu mogła osoba pracująca w drukarni, a w szczególności wykonująca jeden z następujących zawodów: drukarz, introligator, komputerowy składacz tekstu, operator DTP. Należało posiadać wykształcenie w danym zawodzie oraz przygotowanie poligraficzne. Adepci sztuki drukarskiej musieli odznaczać się bardzo dobrą znajomością zawodu, być pracownikami sumiennymi i zdyscyplinowanymi, uczciwymi, a także traktować z odpowiednim szacunkiem starszą brać drukarską, pomagać słabszym i służyć radą mniej doświadczonym, stać wiernie na straży nieskazitelności kunsztu drukarskiego, szanować maszyny i urządzenia oraz powierzony sprzęt, tak jak by to była osobista własność. Po tak surowej i wnikliwej ocenia ostatecznie zostali dopuszczeni do Chrztu Drukarza adepci: Krzysztof Jachimowicz – Drukarnia Akobi z Gdańska, Kamil Różański – Akobi, Bartosz Szczepański – Akobi, Piotr Bartoszewicz – Drukarnia W&P z Malborka, Anna Robakiewicz – W&P w Malborku, Wojciech Kowalewski – Drukarnia WL z Malborka, Piotr Rolof – Drukarnia Oruńska z Gdańska, Janusz Karc – Drukarnia Oruńska.
więcej
| Wrzesień
| Relacja
|
Andrzej Kuśmierczyk
Rozpoczyna się nowy rok szkolny i razem z nim bój o szkołę. Demon reformy unosi się nad nią od lat i co jeden reformatorski ruch – to gorzej. A to zintegrowane nauczanie początkowe, którego efekty zależą od poziomu niedouczenia pani. A to gimnazjum, dla którego nikt nie ma sensownego pomysłu programowego. A to trzyletnie liceum, które tak naprawdę jest dwuipółletnim liceum. A to matura i jednocześnie niby-matura. Mnożą się tylko struktury administracyjne, bo trzeba powołać administrację gimnazjów i bezwładną maszynę administracyjną w postaci państwowych komisji egzaminacyjnych. Proces edukacji został rozbity na cztery moduły po trzy lata, z poprawką na skrócenie tego czwartego. Egzaminy zamieniają się w fikcję, ponieważ w warunkach niżu demograficznego każdy uczeń jest na wagę etatu. I do tego wszystkiego karta nauczyciela, która chroni wszystkie zdobyte na przestrzeni lat przywileje, jakich nie posiada żadna grupa zawodowa.
Model takiej edukacji oparty jest historycznie na pruskim planie kształcenia, którego celem było przygotowanie młodzieży płci męskiej do służby wojskowej. Chodziło o to, by przed wcieleniem chłopców do wojska nauczyć ich czytać i pisać, bo analfabeta nie potrafi przeczytać rozkazu. I tak powstała szkoła powszechna, w którą wpisywano kolejne przedmioty nauczania. Wprawdzie Szwedom udaje się nadać temu systemowi ludzką twarz, ale to wyjątek powstały na gruncie innych tradycji. Obecnie nasza szkoła ciąży w kierunku szkoły amerykańskiej, zwłaszcza takiej z Bronksu.
Zamiast podejmować kolejne, daremne wysiłki reformowania nie dającego się dobrze naprawić modelu, należy szkołę zlikwidować, co stworzy warunki kształcenia na najwyższym poziomie. Wyobraźmy sobie lekcję polskiego, która odbywa się w setkach szkół, a tych szkół jest np. pięćset i pięciuset nauczycieli, którzy opowiadają o tym, co autor chciał powiedzieć, kiedy pisał „Dziady”. Możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuścić, że wykłady mają różny poziom, nie zawsze zadowalający. Albo pięćset lekcji fizyki poświęconych budowie atomu. W jednej klasie nauczyciel przyniósł na lekcję laptop z modelem atomu, a w innej – kredę. Jeden rozumie zasadę nieoznaczoności, a inny ma problemy z wyjaśnieniem zagadnienia względności czasu. I tak jest na lekcjach z każdego przedmiotu. A może lepiej byłoby wykorzystać dostępne elektroniczne nośniki oraz środki komunikacji i dzięki nim zrealizować cały program edukacyjny z wszelkimi możliwymi ilustracjami?
Uczeń uczy się samodzielnie w domu, korzystając z powielonych na płytach wykładów i ćwiczeń opracowanych przez kilku najlepszych specjalistów. Taki materiał dydaktyczny może zostać wzbogacony o kopie tekstów źródłowych, np. z historii, a tam gdzie potrzeba – w matematyce, fizyce, chemii, biologii itd. – w przestrzenne modele obiektów i zjawisk. Dodatkowo może korzystać z uzupełnień, np. filmów popularnonaukowych, które znajdzie w telewizji i Internecie. Ma prawo również do konsultacji specjalistów w ramach dyżurów. Mogą istnieć luźne grupy zainteresowań. Edukacja jest przywilejem, a zyskiem płynącym z trudu nauki – wiedza. Uczeń może zdawać egzaminy z każdego przedmiotu w deklarowanym przez siebie zakresie. Nie ma wygadywania bzdur o ślubie Wokulskiego z Łęcką, zatoce „Błotnickiej” czy „miękczakach” (usłyszane na lekcji).
więcej
| Wrzesień
| Felieton
|
|
|
|