|
|
Aktualne oczekiwania rynku wymagają od nas łączenia podczas realizacji jednego zlecenia różnych technik druku. Rosną również wymagania dotyczące wierności reprodukowania barw, maleje liczba zamówień jednostkowych. Te i inne zmiany powodują, że coraz częściej technika druku offsetowego jest łączona w sposób komplementarny z techniką druku cyfrowego. W przypadku offsetu zakres pomiarów, których można dokonać, jest powszechnie znany.
Co można zmierzyć i jak wiele informacji można uzyskać z jednego arkusza? Oczywiście wszystko zależy od ilości i rodzaju elementów pomiarowych, które zostały na arkuszu umieszczone. Dane uzyskane z pomiarów często mogą posłużyć jako punkt wyjścia do implementacji procesu standaryzacyjnego w drukarni. Aktualne normy dotyczące druku offsetowego (ISO 12 647-2) jednoznacznie określają cele, które powinno się osiągnąć podczas poprawnie wykonanej produkcji poligraficznej. Oto parametry, które możemy zmierzyć podczas wizyty naszego technika: pole pokrycia form drukowych; przyrosty punktów rastrowych; gęstość optyczna wzdłuż arkusza; określenie optymalnej grubości warstwy farby w odniesieniu do podłoża drukowego; określenie grupy podłoża drukowego; przedstawienie gamutu barwnego możliwego do zreprodukowania; określenie wartości Lab dla barw pierwszo- i drugorzędowych; możliwość skontrolowania roztworów nawilżających.
Pomiarów tych dokonywaliśmy także na naszym stoisku podczas targów Poligrafia 2007. Dzięki możliwości zobaczenia zakresu pomiarowego naszego mobilnego laboratorium w praktyce część klientów już zarezerwowała terminy spotkań z naszymi technikami.
Należałoby zadać więc sobie teraz pytanie, które z pomiarów powinny być wykonywane podczas realizacji zleceń w technologii cyfrowej. Oczywiście należy pamiętać o niebagatelnym wpływie podłoża drukowego na barwę wynikową. Kolejnym niezwykle ważnym elementem jest kontrola pól pokrycia i korekta krzywych druku. Mając na uwadze komplementarność technologii offsetowej z technologią cyfrową należy dokonać pomiarów barwometrycznych odbitki kontrolnej.
więcej
| Maj
| Kontrola jakości
|
Rozmowa z Anną Urbańską, wiceprezesem zarządu i dyrektorem ds. strategii marki w warszawskiej firmie Monobrand sp. z o.o. i Marcinem Wołkiewiczem, który pracuje na stanowisku Client Service/Coordinator w tejże firmie
Świat DRUKU: Jak najlepiej, Pani zdaniem, zdefiniować popularne w ostatnim czasie terminy „marka” i „branding”?
Anna Urbańska: Marka i branding to terminy faktycznie popularne, tylko używane nie do końca we właściwy sposób – przynajmniej tak się wydaje patrząc z perspektywy mojej wieloletniej pracy. Często firmy mówią, że mają markę, albo że zajmują się markami, a tak naprawdę marka jest efektem końcowym, pewnym stanem faktycznym. Bardzo często mówi się, że jeśli jakiś produkt lub firma ma nazwę, ma logo, to ma już markę. Nawet jeśli produkt czy firma dopiero powstały, już się mówi, że ma markę, chociaż w istocie na markę w sensie definicyjnym trzeba sobie zasłużyć, trzeba ją wypracować, a to zwykle trwa lata.
Natomiast „branding” jest procesem budowania marki w świadomości odbiorców. Jeśli zaczynamy produkować np. wodę, nazwiemy ją i damy jej określony znak, nie oznacza to jeszcze, że produkowana woda ma już markę. Aby ją stworzyć, trzeba zająć się całym procesem budowania marki w świadomości klienta – i to jest właśnie branding. Jest to zatem zestaw metod i narzędzi służących budowaniu marki. Proces ten zwykle wymaga czasu.
ŚD: Czy jest jakiś standardowy czas budowania świadomości marki?
AU: Każdy przypadek jest indywidualny. Proces kreowania i potem komunikowania marki w każdej firmie wygląda inaczej. Wszystko zależy od wielkości firmy, od tego, co chce o sobie powiedzieć, czy chodzi o budowanie marki produktu, czy firmy, czy może osoby lub przedsięwzięcia...
Marcin Wołkiewicz: ...Wszystko zależy od pomysłu...
więcej
| Maj
| Wywiad
|
Podczas tegorocznych targów Euro-Reklama OUTDOOR EXPO Wydawnictwo „Polski Drukarz” sp. z o.o., wydawca magazynów „Świat DRUKU” i „Pro-KREACJA”, zorganizowało przy współpracy Międzynarodowych Targów Poznańskich kolejną edycję warsztatów i pokazów praktycznych „Reklama w wielkim formacie”, związanych z kreacją, planowaniem i realizacją kampanii outdoorowych, w tym z drukiem wielkoformatowym.
Pierwszy blok tematyczny dotyczył reklamy w wielkim formacie – pod patronatem „Pro-KREACJI” odbyły się prezentacje: „Ploter w pracowni reklamy wizualnej”, którą wygłosił Jakub Rozpendowski (Epcot Polska sp. z o.o.), oraz „Zastosowanie wydruków wielkoformatowych do wykonania systemów wystawienniczych”, przygotowana przez firmę Mado Media.
więcej
| Maj
| Relacja
|
W dniu 19 kwietnia br. w Auli Głównej Politechniki Warszawskiej odbyła się uroczystość związana z 10. urodzinami SG Equipment Leasing Polska. SGELP jest częścią departamentu usług detalicznych i finansowych banku Société Générale, a ściślej mówiąc: jednej z największych w Europie grup kapitałowych zajmujących się finansowaniem ruchomych środków trwałych – SG Equipment Finance. SG Equipment Finance należy do czołówki firm leasingowych w Europie; grupa obsługuje ponad 150 tys. klientów, zatrudnia ponad 1800 osób.
Do Grupy należy właśnie SG Equipment Leasing Polska, która działa na naszym rynku od 21 marca 1997 roku i jest obecnie jednym z liderów wśród podmiotów finansujących inwestycje w branży poligraficznej.
Przybyłych gości powitał – po polsku – Jean-Marc Mignerey, Chief Executive Officer Grupy SG Equipment Finance, jak również przewodniczący komitetu wykonawczego LeaseEurope – organizacji zrzeszającej narodowe związki przedsiębiorstw leasingowych w Europie. Kolejnym punktem programu tego wieczoru było wręczenie okolicznościowych nagród pracownikom firmy z najdłuższym stażem.
Rok 2006 był dla SGELP niezwykle udany i firma utrzymała dominującą pozycję na rynku leasingu maszyn poligraficznych. Wartość netto aktywów przekazanych w lea-sing w roku 2006 przekroczyła miliard złotych (dokładnie: 1015 mln zł), ale fakt ten nie powinien dziwić, ponieważ takie były założenia planu biznesowego firmy. Wartość netto aktywów przekazanych w leasing w roku 2005 wyniosła 757 mln złotych, tak więc był to wzrost na poziomie 34%.
więcej
| Maj
| Relacja
|
Wiesław Cetera
Czerwona Królowa, jedna z postaci z „Alicji w Krainie Czarów”, wiecznie biegła. Biegła, biegła, bo gdyby zatrzymała się, umarłaby. Syndrom Czerwonej Królowej zaraża większość właścicieli i menedżerów firm poligraficznych. Walka o niższe koszty i wyższą jakość trwa w każdej drukarni – kto w porę nie dostrzeże grożącego niebezpieczeństwa, ginie.
Klasyk ekonomii i twórca teorii innowacji Joseph A. Schumpeter[1] właśnie w tej teorii dostrzegał istotę rozwoju. Sprawcą wszystkich procesów innowacyjnych jest bez wątpienia przedsiębiorca, który z sobie tylko znanych powodów szuka nowych rozwiązań technologicznych i rynkowych nisz, w perspektywie dostrzegając swój sukces.
Spojrzenie na innowacje[2] przez pryzmat przedsiębiorcy jest zgodne z druckerowską[3] koncepcją określającą innowacje jako szczególne narzędzie przedsiębiorcy, dzięki któremu uruchamia, inicjuje on nowe przedsięwzięcia gospodarcze. Tę szczególną rolę przedsiębiorcy potwierdzają przeprowadzone badania: „Z doświadczeń krajów wysoko rozwiniętych wynika, że współcześnie motorem postępu technicznego nie jest naukowiec (placówka naukowa), lecz innowacyjnie zorientowany przedsiębiorca (przedsiębiorstwo innowacyjne)”[4].
Badania ujawniły stosunkowo dużą aktywność innowacyjną firm poligraficznych (tabela 1). Zdecydowana większość innowacji miała charakter przedsięwzięć technologicznych. Jest to zrozumiały proces, bowiem po latach niebytu prywatnego sektora w poligrafii młode firmy nadrabiały stracony czas. Maszyny i urządzenia poligraficzne płynęły do Polski falą, której rozmiar był wprost proporcjonalny do rosnącego rynku i możliwości finansowych firm. Lata 90-te to okres budowania przewagi konkurencyjnej głównie na technologii i możliwościach produkcyjnych. Potrzeby rynku rosły i sam fakt wydrukowania produktu był ważniejszy od jego jakości. Aż 59 (50,43%) firm zrealizowało innowacje technologiczne inwestując (najczęściej) w nowe technologie. 34 (29,06%) podmioty wprowadziły innowacje organizacyjne, a 33 (28,21%) marketingowe.
więcej
| Maj
| Organizacja i zarządzanie
|
Piotr Paszkowski
Masowy wyjazd młodych ludzi do pracy za granicą i utrzymanie liberalnych zasad przechodzenia na emeryturę spowodowały, że w wielu branżach zaczęło brakować rąk do pracy. Tendencja ta spowodowała, że pracodawcy są skłonni więcej płacić swoim pracownikom, co już znajduje odbicie we wzroście średniej płacy krajowej. Niestety, główny strumień dodatkowych pieniędzy przepływa „pod stołem”, bowiem władza nie robi nic, aby zachęcić podatników do dzielenia się dobrobytem. Co prawda projektowana jest obniżka składki rentowej, ale ten ruch powinien był być wykonany z chwilą, gdy pierwsze sto tysięcy rodaków ruszyło „za chlebem”, a nie teraz, kiedy już praktycznie ostatni „gaszą światło” ulatując w lepsze strony. Nadzieja na ich rychły powrót do ojczyzny nie ma racjonalnego uzasadnienia. Znamienną była wypowiedź angielskiego kibica, który gratulując Polakom zwycięstwa w wyścigu do organizacji EURO 2012 zadał retoryczne pytanie: a kto wam wybuduje potrzebne stadiony, drogi i koleje, skoro wasi najlepsi fachowcy siedzą u nas? No właśnie. Kto?
Klinicznym przykładem braku mobilności na rynku pracy są urzędy pracy właśnie, które z uporem godnym lepszej sprawy prowadzą nadal kursy bukieciarstwa oraz aktywizacji zawodowej osób po pięćdziesiątce proponując im otwarcie własnego biznesu. Taka polityka (a raczej jej brak) ma swoje odzwierciedlenie w statystyce, z której jasno wynika, że odpływ bezrobotnych z rejestrów jest niewspółmiernie niski w stosunku do powstających i zwalnianych miejsc pracy. Świadczy to o tym, że nad Wisłą najbardziej atrakcyjnym zawodem jest nadal bycie bezrobotnym. Znam osobiście paru pracodawców, którzy od ręki są skłonni zatrudnić po kilkunastu kierowców i operatorów sprzętu budowlanego, ale podaż tego typu fachowców jest na wyczerpaniu i nawet atrakcyjne zarobki nie są w stanie nic zdziałać.
Kolejni reformatorzy systemu oświatowego, z aktualnym ministrem na czele, doprowadzili do stanu, w którym kształcenie absolwentów ma się nijak do potrzeb rynku pracy. Wypuszczanie coraz to nowych zastępów specjalistów od zarządzania i marketingu, logistyków, specjalistów od zarządzania zasobami ludzkimi, jest działaniem sprzyjającym zasilaniu wyłącznie szeregów beneficjentów zasiłku dla bezrobotnych. Nie trzeba być wybitnym analitykiem rynku pracy, aby wiedzieć, że wyzwaniem dla systemu oświaty jest reaktywacja szkolnictwa zawodowego, a nie problem mundurków czy też oceny religii na świadectwie szkolnym. Przy aktualnym stanie priorytetów w oświacie może się okazać, że zanim pierwsze zastępy potrzebnych fachowców opuszczą szkolne mury, gasnąć będą ostatnie światła na stadionach EURO 2012, z tym że niekoniecznie będą to polskie stadiony...
więcej
| Maj
| Felieton
|
Andrzej Kuśmierczyk
„Jeszcze nigdy starość – czasem tak trudna do zaakceptowania – nie została pokazana w reklamie tak dosłownie i uczciwie jednocześnie. Kampania «Pro-Age» Dove jest kolejnym odważnym podjęciem jednego z najważniejszych wyzwań marketingowych nadchodzących lat. Kampania przedstawia kobiety piękne acz dojrzałe, a wśród nich kilka zdecydowanie zaawansowanych wiekiem. Kolejny strzał w dziesiątkę – kampania odnosi sukces, ale też inspiruje do dyskusji o nowym spojrzeniu na starość. Tej tendencji marketerzy nie mogą przeoczyć”. („Marketing przy kawie” nr 192, 11-04-2007, http://www.marketing-news.pl/article.php?ar; fragment)
Ona nie znała jego i mimo pewnej nieśmiałości spoglądała na niego częściej niż na innych. On już wcześniej zwrócił na nią uwagę, ale nie wiedział, jak ona zareaguje na jego zainteresowanie. Ucieszyło go jej spojrzenie. A że mieszkali blisko, to coraz częściej uśmiechali się do siebie. Później rozmawiali, chodzili na spacery. Aż w końcu on oświadczył się, a ona oświadczyny przyjęła. Ślub był ładny. Po dwóch tygodniach wszystko się popsuło. Ona stwierdziła, że wyszła za mąż za świnię i zboczeńca, i że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Byłem akurat blisko i zapytałem, co takiego się stało, że tak radykalnie zmieniła zdanie. Przecież była tak zakochana. Wówczas opowiedziała, że zaproponował jej sposób kochania się, który ona uznaje za zboczony i nigdy sobie nie pozwoli na takie perwersje. Pokazała mi zdjęcie, zdjęcie pornograficzne, przedstawiające ów sposób kochania się. On pokazał jej tę fotografię. Zapytałem, czy na pewno nie stać jej na coś całkiem nowego, mimo że jest to tak egzotyczne z punktu widzenia jej dotychczasowego doświadczenia. Zdecydowanie powiedziała „nie”. Poprosiłem: spróbuj. Nie widzieliśmy się kilka tygodni. Kiedy znów ją zobaczyłem, zapytałem „i jak”? A ona rozczerwieniła się odwracając spojrzenie. To był najbardziej intymny rumieniec, jaki widziałem. Zrobili to! Ona miała wtedy 84 lata, on – 86. Rzecz działa się w domu starców.
więcej
| Maj
| Felieton
|
|
|
|