|
|
"Świat Druku" - miesięcznik
Archiwum
Rok 2004
Lipiec-Sierpień
Pracownik ma prawo do godziwego wynagrodzenia za pracę. Warunki realizacji tego prawa określają przepisy prawa pracy oraz polityka państwa w dziedzinie płac, w szczególności poprzez ustalenie minimalnego wynagrodzenia za pracę – Kodeks pracy, art. 13.
W Słowniku języka polskiego ‘godziwy’ to: «odpowiedni, właściwy, słuszny, dozwolony, rzetelny, uczciwy».
Pomysłodawcy przytoczonego zapisu w Kodeksie albo nie sięgali do słownika, albo mieli specyficzne poczucie humoru. Zapomnieli bowiem objaśnić, jak takie prawo egzekwować i za czyje pieniądze. Nikt znający choć odrobinę realia rynku pracy nie posunąłby się do zadekretowania takiej bzdury. Uczciwiej byłoby zapisać, że pracownik ma prawo do takiego wynagrodzenia, jakie zaoferuje mu pracodawca, a podejmujący pracę godzi się zaakceptować.
Ceną pracy rządzi rynkowe prawo podaży i popytu, a nie górnolotne zapisy o wydumanej polityce państwa. Nawet ustalenie minimalnego wynagrodzenia, dziś sięgającego „astronomicznej” kwoty 824 zł brutto na pełnym etacie, ma się nijak do rzeczywistości. Tylko naiwni nie wiedzą, że „pełny etat” oznacza często pracę po 12 godzin na dobę z sobotami i niedzielami. Z drugiej zaś strony członkowie rad nadzorczych różnorakich spółek skarbu państwa pobierają kilkutysięczne apanaże za jedno posiedzenie. Jak to się ma do rzetelności czy uczciwości przynależnej godziwemu wynagrodzeniu?
|
Prawo, jeżeli ma być przestrzegane, nie może opierać się na mitach lub zbiorach pobożnych życzeń. Stwarzanie pracownikom iluzji gwarancji godziwego wynagrodzenia jest nieuczciwe. Przed żadnym sądem nie da się wyegzekwować godziwości wynagrodzenia. Jeżeli dający pracę oferuje kwotę w pojęciu kandydata do pracy „niegodziwą”, to ten jej nie przyjmie. Sęk w tym, że wobec kolosalnego bezrobocia za jego plecami stoi następny, często przymuszony sytuacją życiową, który z tą „niegodziwością” się pogodzi.
Może warto by rozważyć, wzorem ustanowienia płacy minimalnej, przyjęcie zasady wynagrodzenia „przyzwoitego” z punktu widzenia ogólnej sytuacji społecznej. Zasada ta powinna obowiązywać przynajmniej tam, gdzie pensje są wypłacane z pieniędzy podatników lub ze środków firm stanowiących własność państwową. Trzeba by ustanowić, że żadne wynagrodzenie w sektorze państwowym nie może przekraczać apanaży prezydenta RP, a jego z kolei wynagrodzenie powinno odzwierciedlać sytuację materialną społeczeństwa i stanowić na przykład pięciokrotność średniego wynagrodzenia. Zresztą nie chodzi o konkretną kwotę, ale o zasadę, że władzy powodzi się tak, jak reszcie społeczeństwa, przed którym ponoć ta władza ponosi odpowiedzialność.
Jak było do przewidzenia, od chwili wstąpienia Polski do Unii Europejskiej lawinowo rosną ceny. Spada zatem wartość realna płacy, a przecież nie ustanowiono żadnego prawa nakazującego pracodawcom podniesienie pensji do „godziwego” poziomu. Nie ma nawet takiej siły, która mogłaby to zadekretować, a co ważniejsze – wyegzekwować. Sztuczne regulowanie nakazowo-rozdzielcze nie ma zastosowania w kapitalizmie.
Nie ma zatem godziwego wynagrodzenia, lecz jest wynagrodzenie realne – to, za które trzeba przeżyć „od pierwszego do pierwszego”, do którego czasami uda się dorobić lub starym socjalistycznym sposobem „zakombinować”. Nie ma też w tej w tej mierze polityki państwa, chyba żeby za taką uznać politykę Państwa posłów w stosunku do własnego wynagrodzenia. Zatem nie godzi się mamić społeczeństwa górnolotnymi stwierdzeniami, choćby zapisanymi w ustawach.
Jest jeszcze w Kodeksie pracy zapis mówiący, że: „wynagrodzenie za pracę powinno być tak ustalone, aby odpowiadało w szczególności rodzajowi wykonywanej pracy i kwalifikacjom wymaganym przy jej wykonywaniu, a także uwzględniało ilość i jakość świadczonej pracy” (Art. 78 §1). Komentarz w tym miejscu można by rozwinąć do objętości książki, ale czy warto? Na kim spoczywa powinność ustalenia wynagrodzenia według powyższych zasad? Gdy uchwalano ten przepis, parlamentarzyści jak zwykle w większości nie stawili się na głosowanie „z ważnych przyczyn”, za to „pod kasą” zjawili się w komplecie, pobierając apanaże w wysokości „zgodnej z kwalifikacjami oraz ilością i jakością świadczonej pracy”.
Prawo życzeniowe, a z takim mamy w tym przypadku do czynienia, jest ze swej natury prawem martwym. Jego uchwalanie ma na celu jedynie samouspokojenie władzy, która „gwarantując” fikcję pozostaje w poczuciu spełnionego obowiązku wobec wyborców. Niebezpiecznym elementem takiej polityki jest stwarzanie iluzji, że pracownikowi należy się coś, czego tak naprawdę nigdy nie będzie miał zagwarantowane. Prowadzi to do frustracji i poczucia krzywdy. Nawet ci pracodawcy, którzy rzetelnie, na miarę możliwości firmy, starają się wynagradzać pracowników, stoją przed dylematem wartościowania pracy i zapewne przy określaniu wynagrodzenia element godziwości pozostaje z boku, ustępując realiom rynku.
Kończę ten artykuł z przeświadczeniem, że Redakcja „ŚD” wynagrodzi mnie „godziwie”, uwzględniając, że ceny wołowiny wzrosły 40%, czynsz o 10%, a poza tym jadę na wakacje, które też kosztują! Czytelnikom również polecam przypomnienie swoim szefom szczytnych zasad prawa pracy, może zechcą być praworządni?
Piotr Paszkowski
|
|
|
|